3 tygodnie temu wróciłam na Kostarykę. Jak się tu znalazłam? Zupełnie przypadkiem.

Moja kumpela – Arita (Łotyszka, którą znam z Glasgow) od jakiegoś czasu udziela się w organizacji adresującej zmianę klimatu. I to właśnie tam dowiedziała się o wolontariacie z AIESEC, gdzie szukali Climate Volunteers. Dodatkowy bonus był taki, że pod tą ofertę podpięła się firma Iberdrola, która oferowała sponsoring dla kilku wolontariuszy z Meksyku, Hiszpanii, USA, Brazylii i UK. Wymaganiem było, żeby mieszkać w jednym z tych krajów. A jako, że ja dalej mam adres w Glasgow, brytyjskie konta i numer telefonu, równie dobrze mogę powiedzieć, że tam dalej mieszkam. No więc zaaplikowałam, totalnie z głupa i jak ja to mówię ‘hobbystycznie, dla sportu’. Plan był taki, że pojedziemy z Aritą razem. Jako że Arita naprawdę jest głęboko w temacie ochrony środowiska, od roku jest weganką, podczas zakupów dokładnie czyta etykiety i w życiu nie kupi czegoś co jest nie ekologiczne. Dotyczy to równie dobrze płynu do mycia naczyń, jak i torby (żeby nie była zrobiona z prawdziwej skóry), czy kosmetyków (żeby nie były testowane na zwierzętach) itp. itd. Od samego poza początku wiedziałam, że Arita się dostanie na projekt. Z trzech dostępnych krajów (Brazylia, Kolumbia, Kostaryka), zaproponowali jej miejsce w Brazylii. Mnie napisali, że dziękują. Dokładnie tak jak się spodziewałam. Odnośnie bycia pro-eko między mną a Aritą jest ogromna przepaść. Ale, jak wiecie, przecież pojechałam!

Po jakichś 2 tygodniach od odmowy, dokładnie w momencie jak wychodziłam z domu w kierunku Tajlandii, dostałam maila, że zwolniło się miejsce i że ja jestem następna w kolejności. Pytanie ‘Czy chcesz jechać?’ Przemyślałam sprawę i po sekundzie (czasem szybko przemyśliwuję sprawy) odpisałam – okej, jadę! Zaproponowali mi Kostarykę. Akurat z tych 3 krajów był to najmniej chciany przeze mnie kraj, dużo bardziej liczyłam na Kolumbię, ewentualnie Brazylię. W Kostaryce byłam rok temu, widziałam to co chciałam, nie zakochałam się w tym kraju, i poza tym wszystko było cholernie drogie. No ale cóż – wyboru nie mam. Albo jadę do Kostaryki albo w ogóle. A oferta ciekawa bo Iberdrola płaci loty w dwie strony, zakwaterowanie, ubezpieczenie, i do tego gwarantują wyżywienie na każdy dzień pracy. Także jak sami widzicie, oferta nie do odrzucenia. No to jadę!

Ale od razu powiedziałam sobie, że nie wracam po skończeniu wolontariatu, tylko cisnę na Amerykę Południową, najlepiej do Kolumbii, no i plan jest taki, żeby znaleźć pracę. A więc udało mi się załatwić bilet powrotny na miesiąc później po skończeniu wolontariatu z dalszą możliwością zmiany daty za opłatą $200 (ale i tak przecież wyjdzie taniej niż nowy bilet).

Teraz jak piszę tego posta, kończę 3 tydzień wolontariatu, i zostały jeszcze 3. Pracujemy w miejscowości Salitre, w której mieszka rdzenna ludność Bribri. Pracujemy 4 dni w tygodniu po 4 godz dziennie, także nie przemęczamy się. W sumie jest nas 26 wolontariuszy z krajów takich jak: Meksyk, Peru, Brazylia, Hiszpania, USA, Kanada, no i ja samiuteńka z Polski. 99% czasu rozmawiamy tylko po hiszpańsku, więc czuję się jak na intensywnym kursie językowym. W dodatku z Brazylii mamy 12 wolontariuszy, także podłapuję też portugalski. Moim ulubionym słowem jest ABAXACI – ‘ananas’. Czas płynie przyjemnie, żyjemy według rytmów natury i to mi się podoba. Wifi jest dostępne około 3 godz dziennie od pon do pt w szkole niedaleko, 10 min trzeba się przespacerować. Żeby złapać dane w telefonie czy nawet w ogóle jakikolwiek sygnał trzeba też się przejść kawałek, wejść na pagórek. Nie ma letko 🙂 Ale jestem tu żeby się wyczilować, medytować, czytać, pisać, i skupić się na sobie.

0 Udostępnień