ENGLISH BELOW

Z San Antonio na granicy pojechaliśmy taksówką do oddalonego o 40km San Cristobal, skąd odjeżdżają autobusy bezpośrednio do Caracas. W drodze taksówkarz zdał nam krótki raport na temat tego jakimi walutami możemy się posługiwać i gdzie. Zarówno ja jak i Priscila z Alejandrem nie mieliśmy zielonego pojęcia czego się spodziewać, ani nawet nie wiedzieliśmy czy w Wenezueli będzie drożej czy taniej niż w Kolumbii. Jedyne co słyszeliśmy to to, że nie ma sensu brać ze sobą bolivarów więc wymieniliśmy część peso na dolary by mieć ze sobą te dwie waluty. Pan taksówkarz powiedział nam, że tu przy granicy i w części zachodniej kraju wszyscy używają kolumbijskich peso. Miał rację, bo kiedy zatrzymaliśmy się, żeby kupić coś do picia, wszystkie ceny były podane w peso. W pozostałej części kraju natomiast (i również w Caracas), w większości używa się dolarów. Bolivarami można płacić wszędzie ale lepiej unikać

Dotarliśmy na dworzec prywatny firmy o powabnej nazwie ‘Flamingo’. Tam kupiliśmy bilety, za które mogliśmy zapłacić w kolumbijskich peso i kosztowały 47 tyś., czyli jakieś 50 zł. Pani w okienku powiedziała, że czas podróży to ok. 13 godzin. Jak się później okazało – przeliczyła się o 7 godzin, bo jechaliśmy 20…

Z San Cristobal wyjechaliśmy o 19-ej, po 2 godzinach czekania (a docierając na dworzec o 16:55 cieszyliśmy się, że autobus wyjeżdża o 17-ej…) Autobus dwu-piętrowy jakiejś koreańskiej marki a w środku pełno karaluchów i jakichś muszek, pcheł, pluskiew czy czegoś podobnego… No trudno – w końcu ważne, żeby czymś dojechać.

Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się na postój gdzie zatrzymują się wszystkie autobusy. Zgiełk, chaos i długa kolejka do damskiej. Kobieta przed nami wyciągnęła plik banknotów, żeby zapłacić za toaletę. ‘Ile się płaci?’ zapytała Priscila. ‘5 tysięcy bez papieru i z papierem 6 tysięcy.’ Priscila: ‘Ile to jest w peso?’. ‘Tysiąc peso za osobę.’ Dałyśmy więc gościowi 2 tyś. peso, podzieliłyśmy się papierem, który miałam w plecaku i weszłyśmy do toalety. Obok umywalek stał zbiornik, z którego wylewała się woda. Dziewczyny przed nami wyszły z toalety, chwyciły wiaderka stojące przy umywalkach, napełniły je w zbiorniku i w ten sposób ‘spuściły’ za sobą wodę. Po załatwieniu potrzeby, kupiliśmy coś do picia i w końcu zobaczyłam jak wyglądają prawdziwe ceny w Wenezueli – 140 tysięcy bolivarów za hot-doga. No ładnie. Do tego mieli ‘perro polaco’ czyli ‘polskiego hot-doga’. Nie dowiedziałam się skąd ta nazwa, ale zdziwiłabym się, gdyby mieli polską kiełbasę.

Po pół godzinie odpoczynku znowu weszliśmy do naszego autobusu pełnego karaluchów i dziwnych muszek. Po kolejnych kilku godzinach autobus zatrzymał się znowu, ale tym razem do autobusu weszły dwie panie z Guardía Nacional, które zaczęły przeszukiwać wszystkich pasażerów. Jedna przeszukała mi oba plecaki po kolei wyjmując rzeczy na moje kolana. Sprawdziła paszport i poszła dalej.
‘Ciebie też dotykały?’ zapytała mnie Priscila. Mówię, że nie. ‘A Ciebie?’ zapytała pasażerkę z tyłu. ‘Nie.’ No i nie wiemy, czemu Priscila jako jedyna została obmacana po biuście. W każdym razie, mimo starań, pani nie udało się znaleźć rulonika pieniędzy, który Pris miała ukryty pod biustonoszem (słyszeliśmy, że w Wenezueli lepiej pochować pieniądze bo Guardía ma lepkie palce). Panie wyszły a my i nasze karaluchy kontynuowaliśmy dalej podróż do stolicy.

Drugi postój na siku okazał się kolejnym ciekawym przeżyciem. Wiaderka przy umywalkach już nie zrobiły na nas wrażenia bo wiedziałyśmy o co chodzi, ale toalety bez drzwi były kolejnym poziomem wtajemniczenia. Żeby się wysikać musiałam przejść obok sikających kobiet a później jak sama załatwiałam sprawę pomachała mi przechodząca obok Priscila. Na stacji 1.5-litrowa butelka Malty (typowy napój tutaj) kosztowała nas 3 dolary. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że Wenezuela mimo kryzysu, nie jest wcale tania.

Zbliżając się do stolicy, wraz z karaluchem na moim oknie, oglądaliśmy krajobrazy wysuszonej przyrody z gdzieniegdzie wypalonymi czarnymi plackami. Mijały nas stare chevrolety, takie sprzed 50 lat, bez klamek i z wybitymi szybami. Po ulicach jeżdzą też dobre samochody, i większość z nich ma przyciemnione szyby, głównie dla bezpieczeństwa. Z tego samego powodu wszystkie okna w autobusie są szczelnie zakryte zasłonami. Alejandro z Priscilą opowiadali mi, że kiedyś jak jechali autobusem, rabusie rozbili szybę w autobusie rzucając kamieniem w okno gdzie siedziała kobieta z dzieckiem. Na szczęście autobus się wtedy nie zatrzymał. No i dlatego zasłony – raz, że zasłaniają, a dwa – trochę ochronią przed rozbitą szybą.

Wjechaliśmy do Caracas… Jak w każdym większym mieście w Caracas też są wieżowce, tylko tutaj jest to bardziej styl ‘wieżowce betonowce’, przypominające trochę czasy PRL-u. Za miastem rozpościerają się góry i park narodowy El Avilá, o którym słyszałam, że jest wart zobaczenia.

W końcu dotarliśmy. Po 5-ciu dniach podróży (wyjechaliśmy w poniedziałek po południu i dojechaliśmy w piątek o 15-ej) miło było gdzieś w końcu dojechać.

____________

[ENGLISH]

From San Antonio at the border we took a taxi to get to San Cristobal 40km away, where we could take a direct bus to Caracas. On the way the taxi driver gave as a quick report on the currencies that we can use and where. All three of us had absolutely no idea what to expect and whether Venezuela would be cheaper or more expensive than Colombia. The only thing we heard is that there is no point to bring bolivares, so we exchange some of our Colombian pesos to dollars in order to have both currencies at hand. Taxi driver told us that by the border and also in the most western part of the country, everyone uses Colombian pesos. He was right – when we stopped to buy something to drink, all prices were in pesos. In the rest part of the country (and also in Caracas), everyone uses in dollars. You can use bolivares no problem but it’s better not to

We got to a private bus terminal attractively named ‘Flamingo’. We bought our tickets for which we could pay in pesos and one ticket costed us 47 thousand pesos, which is around $15. The woman told us that the journey is 13 hours. Only later it turned out the she was wrong by 7 hours, it took us 20…

We left San Cristobal at 7pm, after 2 hours wait (and arriving at the terminal at 4:55pm we were happy that the bus is leaving at 5pm). Double-decker bus of a Korean brand and inside cockroaches and plenty of flies or fleas, or other similar insects… Well, in the end, the most important is to get there.

After several hours we stopped at services where all he buses stop. Chaos, plenty of people and a long queue to the ladies’. The woman in front took out a pile of notes to pay for the toilet.
‘How much is it?’ asked Priscila. ‘5 thousand without paper and 6 thousand with paper.’ Priscila: ‘And how much in peso?’. ‘Thousand per person.’ We gave the guy 2 thousand pesos for both, shared toilet paper that I had in my bag and went in. Right next to the sink there was a tank overflowing with water. The girls in front of us got out of the cubicles, took buckets that were right next to the sink, filled them with water and flushed the toilet. After getting our business done, we went to buy something to drink and I finally saw how prices look like in Venezuela – 140 thousand bolivares for a hot-dog. Nice. And they had ‘perro polaco’ which I didn’t find out why it’s called ‘Polish hot-dog’. I doubt they had proper Polish sausage.

After half an hour rest we went back to our coackroach bus. After another few hours, the bus stopped, but this time two women from Guardía Nacional got on and started to revise our bags. One of them checked both my backpacks taking out all my stuff ome by one onto my laps. She checked my passport and continued with the rest od the passengers. ‘Did they touch you too?’ asked Priscila. I say, no. ‘And you?’ she asked the girl sitting right behind her. ‘No.’ So we still don’t know why Priscila’s boobs were the only ones that got checked. Anyway, despite the effort, the woman did not encounter the money that Pris had hidden under her bra (we heard it’s better to hide money in Colombia because Guardía has sticky fingers). The women left and we and our cockroaches continued our journey to the capital.

The second pee break turned out to be another interesting experience. Buckets at the sink didn’t surprise us this time because we knew the drill, but toilets without doors turned out to be another level of mastery. In order to pee I had to pass next to peeing women and then when I was peeing, Priscil waved to me while passing by. At the station a 1.5-litre bottle of Malta (typical soft drink) costed us $3. That moment we realised that Venezuela, despite the crisis, isn’t that cheap.

Getting closer to Caracas, together with a cockroach on my window, we viewed the panoramas dry nature with black burnt out spots. We saw old chevrolets passing by, those from 50 years ago, without handles and broken windows. There are also new cars on the road, and most have shaded windows, mainly for security. For the same reason all windows on the bus were covered with curtains. Alejandro and Priscila were telling me that once they were on a bus, some people inteded to rob the bus and they threw a stone into a window where a women with a baby were seated. Fortunately, the bus didn’t stop that time. And that’s why buses have curtains – they cover, and also they protect a bit in case of broken window.

We entered Caracas… Just like any big city, Caracas also has skyscrapers, but here they are definitely more concrete, and resembling communism times in Poland. Behind the city there are mountains and national park El Avilá, that I heard is worth visiting.

Finally we got to Caracas. After 5 days of travel (we left Sibundoy on Monday afternoon and arrived 3pm on Friday) we were happy thag we could finally arrive somewhere.

#wenezuela #venezuela #caracas

 

 

ZDJĘCIA / PHOTOS:

http://facebook.com/igonnatravel

0 Udostępnień