ENGLISH BELOW

[PL] Po 1.5 miesiąca spędzonym z nimi w Sibundoy, Priscila i Alejandro zaproponowali mi, żebym pojechała z nimi do Wenezueli. W końcu po 3 latach chcą zobaczyć się ze swoją rodziną (Alejandro jest z Wenezueli a mama Priscili mieszka w Caracas, mimo tego, że pochodzi z Kolumbii). Akurat nie miałam żadnych planów na ostatnie 2 tygodnie swojego pobytu w Ameryce Południowej więc złożyło się idealnie. I tak zaczęła się ‘podróż mojej podróży’…

Do Cucuty, która leży przy granicy z Wenezuelą dotarliśmy w środę. Był to nasz trzeci dzień podróży bo z Sibundoy wyjechaliśmy w poniedziałek. I tak dwie noce pod rząd – z poniedziałku na wtorek i z wtorku na środę – spędziliśmy w nocnych autobusach. 14 godzin z Mocoa do Bogoty i później 20 godzin z Bogoty do Cucuty. W Bogocie zostawiłam większość swoich rzeczy, wraz z laptopem i aparatem fotograficznym, żeby się niepotrzebnie nie schizować w Wenezueli i nie kusić losu. Jako blondynce o niebieskich oczach ciężko mi przybrać dobry kamuflaż a 18-kilogramowy plecak zwraca jeszcze większą uwagę. W Cucucie zostaliśmy na jedną noc, żeby odespać, załatwić kilka spraw i żeby w miarę wcześniej stawić się na granicy.

Na noc przygarnął nas Moncho (skrót od Ramón, bo Ramoncho), przyjaciel Priscili z dzieciństwa, bo 19 lat swojego życia mieszkała właśnie w Cucucie. Po wymianie kolumbijskich peso na dolary i zakupach, Moncho podrzucił nas na granicę. O ile Cucuta mnie zaskoczyła, bo wyobrażałam sobie typową graniczną mieścinę czyli brud, chaos, dużo szlajających się ulicami bezdomnych imigrantów, tak już sama granica nadrobiła opinię. Już dojeżdżając mijaliśmy mnóstwo ludzi, głównie młodych mężczyzn, stojących na środku ulicy próbujących złapać stopa przez granicę. Zaglądając przez okna lub biegnąc za autem dawali nam odczuć lekki niepokój. Im bliżej granicy, tym więcej ludzi na ulicy, bez ładu i składu. Totalne pomieszanie ludzi wjeżdżających i wyjeżdżających z Kolumbii, z bezdomnymi imigrantami mieszkającymi na ulicy, z tłumem sprzedawców, oraz ludzi nagabywujących na taksówki i transport po obydwóch stronach granicy. Oprócz tego, istniała jeszcze jedna kategoria – pomagierzy migracyjni. Z usługi tej właśnie grupy skorzystaliśmy. Już tłumaczę o co chodzi. Jako obcokrajowiec, przed wyjazdem z Kolumbii muszę podbić paszport na potwierdzenie opuszczenia kraju. W momencie kiedy dojechaliśmy na miejsce, kolejka do biura emigracyjnego wyglądała na co najmniej 2 godziny czekania. I wtedy właśnie pojawiają się pomagierzy migracyjni. Złapała nas kobitka oferując, że za 30 tysięcy peso (ok. 35 zł) ominiemy całą kolejkę. Musimy się tylko przecisnąć się do przodu i tam ktoś nas zgarnie i przeciśnie dalej. Mijając dziesiątki ludzi, którzy denerwowali się, że ja i Priscila wciskamy się w kolejkę, i udając przed celnikiem, że nie mówię po hiszpańsku (potrzebowałyśmy jakoś wytłumaczyć panu dlaczego idzie ze mną Priscila, która jako Kolumbijka nie potrzebuje podbijać paszportu), dotarłyśmy do miejsca, które pokazała nam na zdjęciu nasza pomagierka migracyjna. Stanęłyśmy obok kolejki ludzi i czekamy. Czekamy i uspokajamy ludzi, że nie, nie wciskamy się, i że nie, ja nie mówię po hiszpańsku. Nasza pomagierka migracyjna krzyczy do nas zza krzaków że mamy się cofnąć i że coś tam, coś tam, zielona koszulka. Kolejka ruszyła i zza rogu wyłoniło się więcej ludzi, w tym chłopak w zielonym t-shircie. To był Hector i to do niego dołączyliśmy do kolejki. I co się okazało! Okazało się, że Hector mieszkał pół roku w Polsce, mało tego – zajmował się zarządzaniem klubu Wisła Kraków. ‘Ale jak to!?’ zapytałam. Wytłumaczył mi, że w Wiśle grał/gra wenezuelski piłkarz, i to nim się opiekował. Faktycznie później to wszystko potwierdziłam – tym zawodnikiem jest 20-letni bramkarz Rafael Andrés Sánchez Islas. Po przeglądnieciu zdjęć z Wawelu, ze stadionu Wisły i po wysłuchaniu opowieści o Polce, z którą umawiał się Hector, dotarliśmy pod okienka celników. Z włączonego ekranu leciały wiadomości, a w nich oczywiście siejące panikę informacje na temat coronavirusa. W międzyczasie Pan wręczył mi podbity paszport, komplementując mój hiszpański.

Po wyjściu wręczyłyśmy pomagierce migracyjnej ustalone 30 tysięcy peso, zgarnęłyśmy Alejandra i w trójkę ruszyliśmy by przekroczyć most dzielący oba kraje. Gdzieś pośrodku zatrzymała nas policja wenezuelska by przeszukać nasze bagaże i dać mi pouczenie, że nie mogę kręcić filmików na terenie granicy. Podczas gdy Priscila pokazywała im swoje ręcznie robione mydła, kilkaset metrów od mostu widać było ludzi przechodzących przez rzekę na piechotę. Po upewnieniu się, że skasowałam wszystkie filmiki z telefonu (luz bluz, nie zorientowali się, że kręciłam gopro, a nie telefonem więc wszystko dalej jest), panowie puścili nas dalej. Po przekroczeniu granicy wenezuelskiej od razu rzucił mi się w oczy duży napis z cytatem Simona Bolivara (Szymek wywalczył niepodległość dla kilku krajów Ameryki Południowej, w tym również Wenezueli i Kolumbii), który mówił o tym jak wielki to zaszczyt mieszkać w kraju, który dba o Twoje prawa. Czytając ten cytat równocześnie się zaśmiałam jak i doznałam szoku. Poza tym, myślałam, że Simon Bolivar to był równy gość, a tutaj plakaty przypominające propagandowe hasła Fidela na Kubie. Do tego zauważyłam, że policja wenezuelska to ‘Policia Nacional Bolivariana’ i że pełna nazwa kraju to ‘Republica Bolivariana de Venezuela’, nie zapominając o tym, że waluta Wenezueli to też bolivar… Wszędzie Bolivar. Wiedziałam, że Simon Bolivar był Wenezuelczykiem i urodził się w Caracas ale nie wiedziałam, że jest tutaj taki szum wokół jego osoby. Zapytałam więc Alejandra: ‘Ale, ten Bolivar to w końcu dobry gość czy zły gość?’ Odpowiedział: ‘Pewnie, że dobry, w końcu wyzwolił kilka krajów Ameryki Płd. spod panowania Hiszpanów. Tutaj w Wenezueli wszędzie zobaczysz cytaty Bolivara bo jego polityka opierała się na ideach socjalistycznych.’

Podbicie paszportu po stronie wenezuelskiej było formalnością i odbyło się prawie bez kolejki. Po wyjściu z budynku biura imigracyjnego zauważyłam na jego ścianie wielki napis z hashtagiem:

#aquinosehablamaldechavez – Aquí no se habla mal de Chavez, czyli:

‘Tutaj nie mówi się źle o Chavezie’

‘Ada, witaj w Wenezueli’ powiedziałam sama do siebie

P.S. Piszę to w w drodze do Caras w (kolejnym!) nocnym busie, pełnym karaluchów (przynajmniej nie są jeszcze duże) i jakichś mniejszych muszek, które wyglądają na pchły albo to drugie. Nie pamiętam jak nazywają się te drugie…

Tak czy siak, w Wenezueli póki co czuję się bezpiecznie, coronvirus tu jeszcze nie dotarł i pewnie prędko nie dotrze.

________________________________________

E N G L I S H

After 1.5 month spent with them in Sibundoy, Priscila and Alejandro invited me to join them on their trip to Venezuela. Finally, after 3 years they are going to see their family (Alejandro is from Venezuela and Priscila’s mum lives in Caracas, even though she’s Colombian). I didn’t have any plans for my last 2 weeks in South America so it felt perfect. And that’s how my ‘viaje de mi viaje’ started.

We got to Cucuta, city by the Venezuelan border, on Wednesday. It was our third day of travelling as we left Sibundoy on Monday. So we spent two nights in a row – Mon/Tues and Tues/Wed – on night buses. 14 hours from Mocoa to Bogota and then 20 hours from Bogota to Cucuta. In Bogota I left most of my luggage, also my laptop and camera, not to worry and not to risk losing valuables. Being a blonde girl with blue eyes it is hard to get a good camouflage and an 18 kg backpack would definitely attract even more attention. We stayed in Cucuta for one night, to catch up on sleep, get few things done and to get to the border quite early.

We crashed at Moncho’s place (shorter for Ramón =Ramoncho), Priscila’s friend from childhood, as she spent 19 years of her life in Cucuta. After exchanging Colombian pesos to dollars, Moncho gave us a lift to the border. As much as Cucuta surprised me (I imagined it to be a typical dirty anch chaotic border town, full of homeless immigrants), the border itself made up for it. Driving to the border we passed by many people, majority of them were young men, standing in the middle of the road and trying to catch a ride across the border. Looking through car windows’ or running after the car, made me feel a bit insecure. The closer to the border, the more people were on the road, in complete chaos. It was a total mix of people entering and exiting Colombia, with homeless immigrants living on the streets, with a crowd of venders and people offering taxis or transportation on both sides of the border. Apart from that, there was one more category – the migration helpers. And the services of this unofficial group appeared to be very helpful. Ler me explain… As a foreigner before leaving Colombia, I have to stamo my passport as a proof of leaving the country. When we got to the emmigration office, the queue looked as at least 2 hours wait. And that’s when the ‘migration helpers’ appear. We got stopped by a woman offering us skipping all the queue for 30 thousand pesos (about $9). We only needed to make our way to the front of the queue and there was supposed to be someone who would help us pass. After passing tens of dozens of people worrying about me and Priscila skipping the wait, and pretending in front of the officer that I don’t speak Spanish (we needed an explanation why Priscila is with me, because as a Colombian she doesn’t need to stamp her passport), we got to the place the migration helper girl showed us on a photo. We stopped right next to the line of people and waiting. While waiting, we had to calm the people that no, we are not cutting the line and no, I don’t speaj Spanish. In the same time our migration helper is calling us from behind the bushes, shouting something about a green shirt. The queue moved and more people came forward from behind the corner, among them a guy in a green t-shirt. This was Hector and we joined him in the line. It turned out that Hector lived 6 months in Poland, and more than that – he used to work as one of the managers of Wisła Kraków football club. ‘But how!?’ I asked. He explained me that a Venezualan player plays/played in Wisła, and that’s who he took care of. True that – later I confirmed that this player is a 20-year old goalkeeper – Rafael Andrés Sánchez Islas. After seeing Hector’s photos from Wawel (castle in Kraków), from the stadium and after listening the story about the Polish girl that Hector used to date, we got to the window to speak to the emmigration officer. The TV hanging on the wall had the news on, and there of course all the panic-provoking information on the coronavirus. In the meantime, the officer handed me my stamped passport, complimenting my Spanish.

Outside we paid our migration helper, the 30 thousand peso that was agreed, we found Alejandro and three of us we made our way to cross the bridge dividing the two countries. Somewhere in the middle we got stopped by the Venezuelan police who wanted to check our bags and give me a warning that filming is not allowed. While Priscila was showing them her hand-made soaps, few hundred meters away we could see people crossing the river by foot. After making sure that I deleted all the videos from my phone (no worries, they didn’t realise it was gopro, not my phone, so I still have all), they allowed us to go. After crossing the Venezuelan border, I immediately noticed a big sign with a quote from Simon Bolivar (Simon fought for independence anf liberated several countries of South America, also Venezuela and Colombia), saying that it is a great honour to live in a country that cares about your rights. Reading this I laughed and got shocked at the same time. Apart from that I also thought, that Simon Bolivar was the good guy and here I see posters that resemble the propaganda style from Cuba’s Fidel Castro. I also noticed that Venezualan police is called ‘Policia Nacional Bolivariana’ and that the full name of the country is ‘Republica Bolivariana de Venezuela’, not to forget the currency of Venezuela, which is bolivar… Everywhere Bolivar. I knew that Simon Bolivar was Venezuelan and that he was born in Caracas, but I didn’t realise that there is so much fame around him here. So I asked Alejandro: ‘Ale, so Bolivar was a good guy or a bad guy?’ He said: ‘Of course he was good, in the end he liberated few countries of South America. Here in Venezuela you’ll see his photos and quotes a lot because hus politics were based on socialistic ideas.’

Stamping the passport on the Venezuelan side was a quickie and didn’t even have to queue. Leaving the immigration office on it’s wall I saw a huge sigh with a hashtag:

#aquinosehablamaldechavez – Aquí no se habla mal de Chavez, which is:

‘Here we don’t speak bad about Chavez’

‘Adri, welcome to Venezuela’ – I said to myself.

P.S. I am writing this on the way to Caracas on a night bus (another one!), full of cockroaches (at least they aren’t big) and some small flies that look like fleas or bed bugs.

Anyhow, I feel safe in Venezuela so far, coronavirus hasn’t got here yet and probably won’t get here any time soon.

 

 

 

 

ZDJĘCIA / PHOTOS:

http://facebook.com/igonnatravel

0 Udostępnień